O czym chcesz poczytać na blogach?

Sakiewki

elvirka.blog.pl - Strona główna

Jeden z moich celów życiowych. Dziecko to chyba najlepszy skarb jaki może się trafić rodzicom, szkoda że nie każdy potrafi to docenić.


Dobranoc:*
skomentuj (2)


2004-05-06 23:55:49
Przypowieść „o diamentach”.

Pewien człowiek, wędrując brzegiem morza, znalazł całkiem porządną, właściwie prawie nową, skórzaną sakiewkę.
Podniósł ją i jakież było jego zdziwienie, gdy stwierdził, że sakiewka pełna jest niepozornych, szarych, ni to krągłych, ni to ostrych kamyków.
Najpierw z ciekawości, a może dla zabawy, przebierając palcami w kamykach, wyjmował z sakiewki jeden po drugim i bacznie się każdemu przyglądał, a potem, jakby machinalnie; może z nudów, a może bezmyślnie, wyrzucał je kolejno w morze.
A kiedy na dnie sakiewki zostało zaledwie kilka najmniejszych kamyczków, być może dlatego, że było już blisko do domu, albo ponieważ znudziło mu się to rzucanie, zawiązał sakiewkę i włożył do kieszeni.
Skórzana sakiewka, jako że była ładna i nie zniszczona, znalazła się na poczytnym, a może tylko dobrze widocznym, miejscu – na jednej z półek stylowej etażerki.
Za jakiś czas przyszedł z wizytą jeden z przyjaciół pana domu.
Zainteresował się sakiewką i zapytał, czy może.

Wszystkie moje życiowe znaki zapytania... - Onet.pl Blog

Samotnie chcąc przemierzyć pustynię.
Zwiedzając Afrykańskie miasteczka, patrząc na ubóstwo ludzi i oczekując na nadejście odwagi, by wyruszyć na pustynię spotkałabym grupę kupców.
Szykowaliby się oni na pustynną wyprawę w celu przemieszczenia się na odległe tereny. Sprzeciwialiby się podróży, niedoświadczonej, białej kobiety, która chce dołączyć do karawany i podróż odbyć z nimi. Burzyłoby ich w dodatku brak określonych celów.
Jednak sakiewka z pokaźną sumą pieniędzy przekonałaby czarnoskórych i zabraliby mnie ze sobą.
Jechalibyśmy długo. Ja robiłabym zdjęcia, a oni w milczeniu patrzyliby na spokojne piaski.
Wielbłądy szłyby wolno, lekko telepiąc mną na wszystkie strony.
Komunikacja między mną, a moimi towarzyszami byłaby wielce ograniczona. Ich znajomość angielskiego, byłaby dość kiepska, a wręcz tragiczna. Mówiliby tylko w swoim języku, jednak nić porozumienia między.

Ogień


-Dobra.- powiedział.- Niech wam będzie.
Threaten odetchnęła i wyszła. Kelire uśmiechnął się krzywo.
-No i co?- mruknął.- Znów pracujemy razem?
-Ano.
-Jakoś mi się to nie uśmiecha...

Środa, 13.04, zachodnie przedmieścia Lann. Godzina ósma piętnaście

-Wiesz, jednego nie rozumiem.
-Mianowicie czego?
-Po co mam dla was kraść?- Kelire wgryzł się w gwizdnięte ze straganu jabłko.- Skoro sami ściągacie takie podatki, że...
-Rozkaz to rozkaz.- stwierdziłem.- Żołnierz nie kwestionuje rozkazów.
Za nami rozległ się krzyk "Złodziej! Złodziej!". Kelire uśmiechnął się, chowając do sakiewki naszyjnik i kilka amuletów.
-Kleptoman...- mruknąłem.- To się leczy, wiesz?
-Taa...- wyszczerzył zęby do przechodzącej dziewczyny, targającej kosz pomarańczy.- A co konkretnie mam buchnąć?
-To.- pokazałem mu sporawy, biały budynek, stojący z boku ulicy.
-BANK?!
-Coś ty. To, co jest w nim. Potrzebujemy dokładnie dwóch klejnocików...
-Jakich?
Westchnąłem.
-Gwiazd.
-Gwiazd Lann?! Poszaleliście w tej administracji?! Przecież to są najdroższe kamienie na Kontynencie!!
-Właśnie.- uśmiechnąłem się.- Mało tego. Masz je jeszcze podrzucić jednemu z baronów, który mi "nieco" podpadł. Rozumiesz?

Dark feathers

I delikatnie wibracje. To było niesamowite. Machnęłam nią bardzo delikatnie, a z jej końca wystrzelił snop złoto-czerwonych iskier. – Niesamowite… - powiedział Ollivander patrząc na mnie z podziwem. – To jest różdżka o niezwykłej mocy, jej rdzeń jest z robiony z pióra niezwykłego, czarnego feniksa. Nigdy go nie widziałem, ale… hmm… to jedna z pierwszych różdżek, jakie zrobiłem. – powiedział dziwnie spokojnie. – Jestem przekonany, że dokonasz z jej pomocą niesamowitych wprost rzeczy młoda damo. Uśmiechnął się do mnie zachwycony.
- Dosyć. – powiedział Draco wyraźnie poirytowany i wstał. Wyjął ze swojej sakiewki siedem galeonów i podał je Ollivanderowi.
- Draco… - szepnęłam z dezaprobatą, ale on już był przy drzwiach, wyszedł. Spojrzałam przepraszająco w oczy Ollivandera. Było mi potwornie głupio i przykro.
- Przepraszam za niego… - wyszeptałam cicho – On nie chciał być niemiły…
- Nic nie szkodzi. – Ollivander uśmiechnął się dobrodusznie – nie przejmuj się, naprawdę nic się nie stało. Odprowadzę cię do drzwi – powiedział z uśmiechem podchodząc do mnie. Trochę się rozchmurzyłam.
- Bardzo dziękuję panie Ollivander. – powiedziałam cicho podchodząc z nim do drzwi.
- Ależ nie.