O czym chcesz poczytać na blogach?

Departure

gdzie jest alicja? :-)

Czarną karoserią z elementami drewniano-tekturowymi. Tym razem musimy dopłacić za vip’owskie miejsce w szoferce. Bilet na tej trasie kosztuje skandaliczne Le30 000 – z bagażami i miejscem z przodu Le40 000 ($10). Bezpośrednio za naszymi plecami jedzie kogut i z pół przedszkola. Mimo to udaje nam się przespać na zmianę, pograć w karty, poczytać przewodnik. Po czterech godzinach docieramy do połowy drogi. Z zaskakującym spokojem przyjmujemy tę wiadomość. Na kolejnym przystanku kupujemy soczyste, lokalne pomidory i maleńkie banany i robimy sobie obiad. Z nudów zaczynam przeglądać nasze paszporty i zauważam, że w na naszych wizach widnieje niedzielna data, opatrzona wpisem “Departure by:” (“Wyjazd przed:”). Próbuję dodzwonić się do biura immigracyjnego we Freetown, ale nikt nie odbiera. Ustalamy, że przez weekend musimy wrócić do stolicy i w poniedziałek stawić się w urzędzie po nową pieczątkę. Musi nam się udzielać afrykańska myśl, bo wyjątkowo spokojnie i z uśmiechem podchodzimy do – jakby nie było niepokojącej – sytuacji wynikającej z naszej nieuwagi. W Do Kenemy docieramy po 9 godzinach podróży, kupujemy po kokosie (kokos, jak wiemy, dobry jest na wszystko) i sprawnie przesiadamy się do taksówki do Bo – miasta w pół drogi do Freetown. Dalej dziś nie zajedziemy, zresztą – większy pośpiech nie ma sensu.
.

I'm just stardog-champion

W zasadzie to wszyscy pasażerowie uwięzieni we frankfurckim hotelu z czasem przyłączyli się, w sposób mniej lub bardziej peryferyjny, do obrad Drużyny Asów. Toteż kole dwudziestej drugiej ogródek przypominał bułgarskie wesele. Jeśli się rozchodzi o mnie, to początkowo nie piłem, bo pragnąłem mieć umysł czysty. Potem jednakowoż skusiłem się na kufelek albo może i dwa, ale przyjemność miałem zepsutą, bo bez przerwy tylko myślałem, jak tu nie zaspać na poranny autobus.
Martwiłem się tym bardziej, że na tablicy ogłoszeniowej w hotelowym hallu ktoś napisał: wake up 4:00, early bird brekfast 4:20, bus off  4:40, departure 8:20.
W tej sytuacji postanowiłem być czujny jak pies podwójny, czego nie można było powiedzieć o moich kompanach, którzy rąbali kufel za kuflem, a zmęczywszy się kursowaniem do baru, z czasem jęli przynosić do stolika pięciolitrowe beczki Bittburgera.

Kole dwudziestej trzeciej gruchnęła wiadomość, że coś nowego nasmarowano na tablicy ogłoszeniowej. Ha, zmiana planu była to radykalna: wake up 2:45, early bird breakfast 3:00, bus off.

dagawarmenii.blog

(cel nr 1) – kamienica przy ujazdowskich, ludzie serdeczni, przyjemnie, spędzam tu ponad godzinę – czas dopełnić formalności i poznać ludzi, którzy do tej pory uruchomili calą machinę mojego wyjazdu. Po pierwsze Ievę, która jest osobą odpowiedzialną za wolontariat europejski w Fundacji R. Schumana. Zatem ta przemiła i  pozytywnie zakręcona blondynka z Łotwy wprowadza mnie we wszystkie tajne tajniki, a właściwie doprowadza do podpisania całego stosu dokumentów. Dostaję oczywiście pierwszą turę makulatury pomocniczej oraz różową koszulkę :D Na pewno się przyda:)

Dalej na obowiązkowe przed wyjazdem szkolenie „pre departure training” – och yeah – poza połową dokumentów, które są w ukochanym języku angielskim czas jeszcze na takie chasełka i nazwy. Tylko powiedzieć – o Dżizas... Docieram sprawną warszawską komunikacją miejską i obarczona stosem bagaży rozpoczynam poszukiwanie schroniska „Agrykola”. Jak zawsze w takich sytuacjach, kiedy mapa nie mówi wszytskiego do końca zdaję się na głos serca i niezawodną kobiecą intuicję. Przy zejściu dla pieszych przybywają mi na ratunek dwie studentki, które widzą jak się gramolę z tym kawałkiem mojego świata jaki chcę zabrać do Armenii. Biorą we dwie torbę zieloną i pomagają mi dotrzeć do celu. Przemiło. Same.

Things we make, make us.

Strona główna > SHL w USA > California: Departure

California: Departure

11.12.2011 Dodaj komentarz Przeskoczenie do uwag

W styczniu 2011 obiecałem, że napiszę większą (foto)relację o mojej podróży do Kalifornii. Dzisiaj mam ku temu okazję, dostęp do zdjęć, chęci i inne… pochodne.

Mało kto zdaje sobie sprawę, ale równo rok temu – czyli wtedy, kiedy wyruszałem do Cali – cała Polska była pokryta śniegiem na grubość parunastu centymetrów. Mało kto pamięta, że taki stan trwał już od dobrych kilku tygodni. O ile dzisiaj promienie słońca nieraz mogły zagościć na twojej twarzy, temperatura.